Shop More Submit  Join Login
×

:iconsomeonestolemysocks: More from someonestolemysocks


Featured in Collections

Hetalia by kassica15

Opowiadania by Hetard7

fanfiction by Kasyntia


More from deviantART



Details

Submitted on
August 8, 2013
Submitted with
Sta.sh Writer
Link
Thumb

Stats

Views
317
Favourites
14 (who?)
Comments
12
×


Rozdział 2

"Zaczynamy poszukiwania, a Berwald o czymś mi nie mówi"




- Jesteście do niczego.

      Stukot obcasów rozdzierał czas na ciągnące się w nieskończoność chwile, wypełnione zaskakująco głośną ciszą. Obok mnie Tino bezgłośnie modlił się, żeby to ucieleśnienie grozy w butach od Blahnika nie zajrzało pod kanapę.

- Wszędzie brud, niepomyte naczynia... Dżuma i syfilis! Myślałam, że ostatnim razem wyraziłam się jasno. Nie chcę takiego chlewu w moim oddziale!  ... czy ja widzę bokserki na lodówce?

      Solidarnie milczeliśmy stojąc jeden obok drugiego. Może pod nosem życzymy sobie, żeby drugiego tak trochę przejechał rowerzysta, ale to nie tak, że chcemy swojej śmierci. Poza tym, wiecie, są pewne Zasady. Nie pakuje się kumpla w bagno. Zwłaszcza, gdy jest to związane z męską bielizną. Sam się z resztą zastanawiam, czyje są te burżuazyjne gatki.

      Nasza szefowa stała przed nami, a chłód dosłownie wyzierał jej z oczu. Trochę tak jak sprzątaczka, gdy próbujesz przejść przez chwilę temu czyszczony korytarz i gdybym miał ją do czegoś porównać, byłby to zestaw obiadowy mojej matki - elegancki i z klasą, a do tego pełen mniej lub bardziej ukrytych noży. Cóż, powiem to w ten sposób - Natalia Arlovskaya jest jedną z tych kobiet, które nie potrzebują "tych dni”, jako wymówki dla rzucania ostrymi przedmiotami.
      Starałem się wypatrzyć punkt dwa centymetry w górę i cztery w prawo od twarzy szefowej, mając przy tym nadzieję, że nie zwróci na mnie uwagi. Wtedy przy odrobinie szczęścia jakoś przeżyje najbliższy kwadrans.
      Nie mogę jeszcze dać się zabić. Jeszcze nie teraz.
      Doktor Who się jeszcze nie skoczył.

- Kirkland!

      Cholera, świecie, dlaczego mnie nienawidzisz?!

- Może ty byłbyś tak łaskaw wytłumaczyć mi skąd...?
- Szefowo? - przerwał jej Berwald. - Czy nie powinniśmy przejść do sedna sprawy?

      Berwald, powiedziałbym, że cię kocham, ale nie jestem aż tak zdesperowany. Wiedziałem, że jest jakiś powód, dla którego się z tobą trzymam. W każdym razie poza darmowymi ołówkami z IKEA.

      Szefowa raz jeszcze zmierzyła nas wzrokiem, a potem z westchnięciem usiadła w fotelu odgarniając do tyłu swoje długie, jasne włosy. Wskazała nam naszą styraną życiem kanapę.

- No dobra, potem was przesłucham. Produkujcie się. Co znowu schrzaniliście?


      Powiedzieliśmy jej o śmierci Eldestein'ów, znalezionych śladach i naszych wątpliwościach. Wysłuchała całości praktycznie nie mrugając.

- Chwila... Sądzicie, że ktoś próbuje zamaskować morderstwo, pozorując atak Kościotrzeba? - spytała.
- Nie wiemy jak inaczej wytłumaczyć skąd wzięła się wydzielina w salonie i cały ten bałagan - zaczął Tino. - Normalnie byłaby to sprawa dla policji... ale skoro ktoś próbuje wplątać w to coś nadnaturalnego...
- ...to nie możemy tego tak zostawić - westchnęła Arlovskaya. - Jakbyśmy nie mieli nic do roboty. Coś jeszcze?
- Mieszanka pochodząca najprawdopodobniej z zakładu pogrzebowego. Poprosiliśmy Eduarda, żeby poszperał i okazało się, że w okolicy są dwa takie zakłady, "Hades" i "Zakład pogrzebowy rodziny Vargas" - mruknął Feliks podsuwając jej wydruk ze zdjęciami obu miejsc.
- Będziecie musieli to sprawdzić. Jutro wraca Sadiq, więc możecie podzielić się robotą. Dwóch pojedzie sprawdzić pogrzebówki, dwoje rozejrzy się w pobliżu domu Edelsteinów. Wszystko jasne?

      Przytaknęliśmy.

- Muszę jechać na spotkanie z przełożonymi, zabieram ze sobą Eduarda. Wrócimy za dwa dni. Postarajcie się nie doprowadzić do apokalipsy, ogarnijcie tu trochę i trzymajcie Guptę z dala od zapałek. Nie mam zamiaru oglądać płonącego miasta.

     W końcu wyszła, a my odetchnęliśmy. Gdyby kamienie, które spadły nam z serca były materialne, Greg na dole dawno leżałby martwy na podłodze, przygnieciony lawiną głazów. My z kolei mielibyśmy jeszcze więcej sprzątania.

- Żyjemy.
- Faktycznie z lekka zapuściliśmy to miejsce...
- Hej chłopaki, czyje w końcu są te koronkowe gatki?

      Nikt się nie odezwał, a do tajemnic naszej organizacji dołączył nowy, może nie tak śmiercionośny jak te ważniejsze, ale z pewnością równie pieczołowicie skrywany sekret. Chciałem już chwycić za marynarkę i zapytać resztę czy wpadniemy do baru na koniec dnia, gdy coś sobie uświadomiłem.

- Skoro mamy do czynienia z morderstwem, to znaczy, że będziemy musieli pracować z policją?

      Berwald pokiwał głową. Jęknąłem.


***


      Nie lubię wielu rzeczy.
      Nie lubię czwartków, bo wtedy w radiu nadaje ten przeklęty Francuzik, którego sam nie wiem czemu, ale do szpiku kości nie znoszę. Nie lubię kiosku na rogu, bo pracuje tam staruszek, który zawsze śledzi mnie wzrokiem zanim skręcę w drugą ulicę. Nie lubię piosenki Honey, Honey, bo przypomina mi o wieczorze, gdy razem z Berwaldem wypiliśmy trochę za dużo i skończyliśmy tańcząc na ladzie Grega z radosnym "touch me baby, a-ha honey, honey" na ustach.
      Jednak chyba najbardziej nie lubię pracować z lokalną policją.

- Nazywam się Zwingli, Vash Zwingli, a to mój partner, Lukas Bondevik. Liczymy na owocną współpracę.

      Sztywny, jak chłopak mający właśnie poznać ojca swojej dziewczyny, a spięty jak gumka od majtek. Taki trochę Berwald, gdyby mój przyjaciel Szwed brał sterydy i chodził dookoła z miną kogoś cierpiącego na wyjątkowo dokuczliwe zaparcia. Bondevik, podobnie jak jego partner był średniowysokim blondynem, ale w przeciwieństwie do niego nie wyrażał takiego natłoku emocji. W sumie nie wyrażał ich wcale. Czarno-biały film bez dźwięku, który zamiast pójść się obciąć do fryzjera jak porządny człowiek, spina włosy wsuwkami.

- Ja jestem Berwald Oxenstierna, a to Arthur Kirkland - przedstawił nas Szwedek. - Zakończmy szybko tą sprawę.


      Zaczęliśmy od przepytywania mieszkańców tej okolicy. Postanowiliśmy iść na prawo od domu Edelsteinów, zostawiając Bondevikowi i Zwingli lewą stronę. I tak jako pierwszy czekał nas dom zawistnego sąsiada.

      Popychając drewnianą furtkę, wkroczyliśmy do ogrodu pełnego przerażająco podręcznikowej zieleni. Ścieżka z drobnych, kwadratowych płytek była idealnie równa, nie porastała jej trawa ani mech, do tego rabatki starannie ogrodzone, obsadzone perfekcyjnie przyciętymi kwiatami. Na sam widok bolały oczy, mimo to Berwald wydawał się zachwycony. Jak na moje, porządny ogród powinien mieć kilka chwastów pod ogrodzeniem, bluszcz, który wymknął się spod kontroli i przynajmniej jedno kretowisko. Taki busz kontrolowany, kompromis między naturą, a człowiekiem jak w moim rodzinnym domu. Kiedy wychodziłem przyciąć chaszcze czułem się prawie jak Rambo.
      Ustaliśmy pod wejściem i już wyciągnąłem rękę w stronę wypolerowanego na błysk dzwonka, jednak Berwald powstrzymał mnie gestem.

- Co jest? - Rzuciłem mu pytające spojrzenie.
- Cii... - uciszył mnie. - Posłuchaj przez chwilę.

      Pochyliłem się w stronę drzwi i zacząłem nasłuchiwać. Faktycznie, ze środka dobiegały stłumione odgłosy kłótni. Próbowałem się skupić i wychwycić coś, co pomogłoby mi zorientować się co się tam dzieje, ale nagle wszystko umilkło. Rodzinna sprzeczka? Może powinniśmy wrócić tu później?
      Wtedy usłyszałem przeraźliwy krzyk.

- Cofnij się - mruknął mój partner i sam odsuną się kilka kroków.
- Ty chyba nie zamierzasz wyłamać drzwi?!
- Masz lepszy pomysł?

      Miałem. Mogliśmy iść i stuknąć tamtą dwójkę. To w końcu ich, nie nasza robota, zajmować się takimi sprawami, ale wzrok Szweda powstrzymał mnie od wygłoszenia tej uwagi.
      Berwald sięgnął pod marynarkę i wyciągnął broń.

      Trzeba przyznać, że te cudeńka, które dostaliśmy wraz z wstąpieniem do Instytutu, wyglądają naprawdę groźnie. Niechętnie się z nimi rozstajemy. Prawdopodobnie dlatego, że nasza praca też niechętnie rozstaje się z nami nawet po zakończeniu zmiany. W każdym razie broń prezentuje się całkiem imponująco.
      Jak na strzelbę ze środkami usypiającymi i paraliżującymi.
      Ostatecznie na większość naszych „problemów” żaden nabój nie działa. Chodzi raczej o powstrzymanie ewentualnych osób od wplątania się, gdzie nie trzeba, bo to strasznie utrudnia pracę. I jest upierdliwe.

      Odsunąłem się, a Berwald zamierzył się na drzwi. Uderzył w nie z krótkiego rozbiegu chwytając jednocześnie za klamkę by powstrzymać huk przy ich uderzeniu o ścianę. Ciężki trzask odbił się cichym echem pośród pustego holu, jednak nie wydawało się by ten dźwięk zwrócił na siebie uwagę obecnych w domu.

- Ufałem ci… Ufałem, słyszysz?! – usłyszeliśmy męski głos z pomieszczenia na samym końcu korytarza.
- Chciałem załatwić to po dobroci, naprawdę chciałem – odpowiedział mu drugi, chłodny niczym stal. – Nie dałeś mi jednak wyboru.

      Zbliżyliśmy się ostrożnie. Skrzydło było uchylone, przez szparę między nim, a framugą widzieliśmy wysokiego, jasnowłosego mężczyznę. Nie był sam, tuż obok, przy zastawionym stole, siedział albinos, ciasno przywiązany do krzesła. Szarpał się na wszystkie strony starając się uwolnić, jednak więzy były widocznie zbyt mocne, by mógł je zerwać.
      Blondyn sięgnął w stronę pobliskiego talerza.

- Jak możesz robić to własnemu bratu?! – zawył rozpaczliwie albinos.
- To dla twojego dobra.
- Nie, proszę…! Nie możesz mi tego zrobić!
- Wybacz, bracie.

      Razem z Berwaldem wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Na trzy.

            Raz 
Dwa

- Jak możesz zmuszać mnie do jedzenia brukselki, Ludwig!

Trzy?            

***


- Wstyd mi, że musieliście to oglądać – powiedział Ludwig Beilschmidt stawiając przed nami dwa kubki z kawą. Sam usiadł naprzeciwko, obok brata obrzucając go karcącym spojrzeniem. – Mój brat… jest dość upartym człowiekiem i sama perswazja nie zawsze wystarcza.
- Doskonale to rozumiem.
      W ogóle go nie rozumiałem, ale czego się nie robi, żeby zamknąć temat?
– Jak już mówiłem, nazywam się Kirkland, a to Oxenstierna. Jesteśmy… Zajmujemy się sprawą Edelsteinów.
- Ach, tak? Nie mogłem uwierzyć, gdy się o tym dowiedziałem. Roderich i Eliza byli dobrymi sąsiadami, dzieciaki czasami sprawiały kłopoty, ale wszyscy i tak ich lubili. – Mężczyzna w zamyśleniu potrząsnął głową. - Wciąż nie rozumiem, co mogło się stać.
- Czy państwo Eldestein mieli jakichś wrogów? – spytałem.
- Wrogów? – W jego głosie brzmiało autentyczne zdziwienie. - Nie, nie wydaje mi się. Jedynym, który nie potrafił żyć z nimi w zgodzie, był Gilbert.

      Automatycznie wzrok mój i Berwalda powędrował w stronę drugiego z Beilschmidt’ów.

- No co? – zapytał odkładając kubek na blat stołu. – Dalej uważam, że jego żona miała większe jaja niż on i naprawdę nie mam pojęcia skąd wzięły się tam dzieci…
- Gilbert!
- …ale to była taka zwykła wojna na złośliwości! - dokończył z naciskiem.
- Może zauważyliście coś… dziwnego w okolicy? – kontynuowałem wywiad.
- Dziwnego? – Starszy z braci odchylił się na krześle, ignorując ociekające dezaprobatą chrząknięcie Ludwiga. – Jak na przykład co?
- Cokolwiek nietypowego. – opowiedział za mnie Berwald. - Może ostatnio coś zmieniło się w zachowaniu pana Edelstein’a albo jego żony?
- Hmm? – Gilbert Beilschmidt znów zaczął używać mebli zgodnie z ich zastosowaniem. - Właściwie teraz, gdy o tym pomyślę…
- Tak?
- Rodek był od pewnego czasu trochę nerwowy. Wyglądało to trochę jakby jakaś sprawa nie dawała mu spokoju.
- Wiecie może, o co mogło chodzić? – drążyłem, czując, że wreszcie mam się czego chwycić.
- Eliza mówiła, że zaczęło się to, od kiedy w jego pracy pojawił się nowy szef i przeniesiono go na inne stanowisko. Wracał z pracy niespokojny, ale nie chciał z nią na ten temat rozmawiać – wyjaśnił Ludwig.

      Berwald bazgrolił coś w notatniku pod stołem, prawdopodobnie spisywał, czego się dowiedzieliśmy, ale z nim nigdy nic nie wiadomo. Równie dobrze mógł szkicować otaczające go meble, żeby potem posprawdzać, z jakich sklepów zostały sprowadzone. Może i to wydaje się śmieszne, ale wiecie… Kiedyś z Feliksem zrobiliśmy mu nalot na mieszkanie. Oczywiście pierwszą rzeczą, jaką zrobił Łukasiewicz było zerknięcie mu pod łóżko, gdy tylko Szwed zniknął w kuchni, bo według tego gościa nic nie mówi o człowieku tyle, co rzeczy ukryte pod materacem.
      Znalazł tam całe stosy gazetek.
      Gazetek z IKEA.
      Postanowiliśmy nigdy o tym nie rozmawiać.

- Czy to wszystko? – spytałem jeszcze.
- Tak mi się wydaje – odparł w zastanowieniu młodszy z rodzeństwa. – Niczego więcej sobie nie przypominam.
- W takim razie bardzo dziękuję za rozmowę… i za kawę, panie Beilschmidt. – wyciągnąłem z kieszeni wizytówkę i podałem mu ją. – Gdyby coś się panu przypomniało albo w okolicy coś się działo, proszę dać mi znać.
      Skinął głową.
- Chodź Ber, mamy jeszcze kilka domów do odwiedzenia.

      Obeszliśmy kolejne trzy posesje i nie dowiedzieliśmy się absolutnie niczego. No, poza tym, że pan spod czwórki zdradza żonę z tą brunetką spod piątki… ale to nie miało nic wspólnego z naszym śledztwem, więc nie pytaliśmy o szczegóły.
      Wracaliśmy pod adres Edelstein’ów, żeby poczekać na powrót funkcjonariusza policji, którzy mieli z nami współpracować, gdy z kieszeni Szweda dobiegła dobrze znana mi melodia.

      Money, money, money... Must be fuuny...

- Sadiq? - Berwald odebrał telefon. - Sprawdziliście "Hadesa"? Rozumiem. Czyli teraz idziecie do Vargasów? W porządku, widzimy się wieczorem w biurze.
- Nic nie znaleźli?
- Nie, "Hades" wydaje się być czysty - odpowiedział.
- Sprawdźmy jeszcze raz ten dom i wracajmy.
- Musimy poczekać na tamtych. - Zatrzymał mnie ramieniem. - Zobacz, Zwingli już idzie.
- A ten drugi, Bondevik?

      Vash stanął obok, skinąwszy nam na powitanie.

- Lukas musiał coś sprawdzić po drodze. Powinien zaraz tu wrócić.

      Nie minęło dużo czasu aż jego partner wyszedł zza rogu ulicy i skierował kroki w naszą stronę. Był może z półtora metra od nas, ale przystanął, wpatrując się w coś po prawo.

- Co jest? - zawołał Szwajcar ruszając w jego kierunku. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co robić, więc po prostu poszliśmy za nim.
- Coś znalazłem - oznajmił Norweg.

      Wymieniliśmy między sobą znaczące spojrzenia.

- Co takiego znala... - Na widok partnera Vash urwał w pół zdania. Przez jego twarz przewinęły się wszystkie odcienie irytacji, ostatecznie zostawiając po sobie pełne rezygnacji zmęczenie. - Lukas, myślałem, że już przerabialiśmy ten temat.

      Bondevik trzymał w rękach kilkuletniego dzieciaka i był wyraźnie zafascynowany tym znaleziskiem. Mały jednak nie wydawał się zbyt zachwycony faktem, że jakiś dziwny, obcy facet maca go po policzkach.

- Zostaw mnie. Chcę na dół! - protestował oburzony.
- Skąd masz to dziecko? - Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu rodziców smyka.
- Leżało na ziemi.
- Nie powinieneś podnosić wszystkiego, co znajdziesz na ziemi - stwierdził trzeźwo Berwald. - Może być brudne.
- Berwald, jesteś pewien, że właśnie tym powinniśmy się martwić? - zapytałem unosząc brwi.
- Postaw mnie wreszcie!
- Popatrz, jaki uroczy. - Lukas lekko dźgnął dzieciaka w policzek. - Adoptuję go. Będzie mi mówił "braciszku".

      Coś miałem wrażenie, że to niekoniecznie dobry pomysł. Zwingli też chyba był sceptyczny i postanowił głośno wyrazić swoje zdanie w tej sprawie.

- Lecz się, Lukas.

      Nim zdążyły paść jakiekolwiek słowa, z uliczki po prawo wybiegła młoda, jasnowłosa kobieta.

- Emil?! Emil, gdzie jesteś? - wolała gorączkowo szukając kogoś wzrokiem.
- Tu jestem, mamo! - odezwał się dzieciak próbując wyplątać się z uścisku. - Powiedz mu, żeby mnie wreszcie puścił!
- EMIL!

      Matka chłopca ruszyła szturmem na Bondevika. Nim Norweg zdążył cokolwiek zrobić, wyrwała mu dziecko z rąk i rzucając za siebie zniesmaczone spojrzenie, oddaliła się pospiesznie.

-No ja nie wiem, co policja robi – mamrotała pod nosem. – Powinni pilnować, żeby tacy zboczeńcy nie niepokoili porządnych ludzi!

      Lukas wydawał się lekko dotknięty tymi słowami.

- Ale ja nie jestem zboczeńcem.
- Ależ skąd, ty tylko lubisz dzieci - zapewnił go Zwingli.

      Odchrząknąłem.

- Jeśli już przestaliście niepokoić niewinnych obywateli i ich pociechy, to może weźmiemy się do roboty?


***


      „Zakład Pogrzebowy Rodziny Vargas” głosił napis nad pomalowanym czarną farbą wejściem. Wchodząc do środka Sadiq musiał przyznać, że chociaż wystrój był oszczędny, to w tej prostocie kryła się dyskretna elegancja. Pomyślał, że tak właściwie, to skończyć w tak ekskluzywnym miejscu wydaje się być całkiem efektownymi napisami końcowymi.
      Za ladą z ciemnego drewna zobaczył ubranego w garnitur, ciemnowłosego mężczyznę.

- Erm, dzień dobry? – zrobił kilka kroków w jego stronę. – Nazywam się…
- Witam Pana serdecznie! Niezmiernie miło mi Pana widzieć! – odwrócił się tamten obdarzając go promiennym uśmiechem. – W czym mogę pomóc?

      Oniemiały Turek kilkakrotnie zamrugał oczami. Słyszał o czymś takim jak praca z powołania, mimo to dotąd myślał, że to tylko stan przejściowy u praktykantów, zanim faktycznie dowiedzą się, czym jest prawdziwa robota. W każdym razie u lekarzy i nauczycieli jest to całkiem na miejscu, ale u przedsiębiorców pogrzebowych?

- To… Zakład pogrzebowy, tak?
- Tak! – odparł radośnie mężczyzna. – Zakład Pogrzebowy Rodziny Vargas! Daj nam znać, gdy będziesz zamierzał wąchać kwiatki od spodu, a dopilnujemy by posadzili twoje ulubione!

      Nastąpił krótki moment ciszy.

- Przyznaj, że całkiem chwytliwe – mruknął do niego Gupta.
- T-tak, pewnie. – Wyszperał dokumenty i wyciągnął przed siebie. - Nazywam się Adnan, jestem inspektorem Instytutu Do Spraw Nadzwyczajnych. Chciałbym zadać Panu kilka pytań.
- To pójdę tylko szefa zawołać – odparł ciemnowłosy, a potem zniknął na zapleczu.


      W końcu znaleźli się w biurze właściciela. Pan Vargas okazał się znacznie młodszy niż można by przypuszczać. Wyglądał na niewiele starszego od swojego pracownika, chociaż staż w maniakalnie przyjaznym uśmiechu miał zdecydowanie dłuższy. Wskazał nam stojące przed biurkiem krzesła, sam siadając po jego drugiej stronie.

- Nazywam się Feliciano Vargas – przedstawił się pogodnym tonem. – I przepraszam za Im Yong Soo, dopiero zaczął tu pracować, jeszcze się nie wdrążył. W czym mogę Panom pomóc?

      Odgrywając skróconą wersję „Jesteśmy facetami w szarości, bo czerń szybko się brudzi i mamy kilka pytać”, Sadiq przeszedł do sedna.

- Czy zna Pan może mężczyznę o nazwisku Roderich Edelstein?
- Pana Roderich’a? Tak, jakiś czas temu był w naszym zakładzie. Organizowaliśmy pogrzeb dla jego matki, a o co chodzi?
- Pan Edelstein nie żyje.
- Jak to? - Uśmiech zniknął z twarzy Włocha, ustępując miejsce niedowierzaniu. – Jeszcze nie dawno z nim rozmawiałem. Co się stało?
- Właśnie to staramy się ustalić. Pomoże nam to, jeśli zgodzi się Pan powiedzieć wszystko, co wie – odparł Adnan.
- Lubię sobie pogadać z klientami, ale to wszystko. Nie wiem czy będę w stanie powiedzieć coś istotnego.
- Nigdy nie wiadomo, co może być istotne, Panie Vargas.

      Wychodząc z zakładu pogrzebowego zobaczyli jeszcze jak Im Yong Soo wyjeżdża z parkingu czarnym Suzuki.


***


      Chociaż dokładnie przeszukaliśmy cały dom Edelstein’ów, nic nie udało się nam znaleźć. Jakby na to nie patrzeć, żaden z członków rodziny nie miał powiązania z nadnaturalnymi stworami, a my nie mieliśmy się czego chwycić. Choć było tego niewiele, to wymieniliśmy się z Bondevikiem i Zwingli wszystkim, czego się dowiedzieliśmy. Z ich strony dowiedzieliśmy się tylko jednej, ciekawej rzeczy.
      Jakiś tydzień przed tą krwawą łaźnią sąsiedzi widywali ten sam samochód, przejeżdżający ulicą nawet kilka razy dziennie.
      Czarne Suzuki.

      Zaczynało robić się późno, kiedy lekko zirytowani sytuacją, wracaliśmy do biura.

- Nie mamy wyboru, będzie trzeba sprawdzić firmę, w której pracował Edelstein. W tej chwili to nasz jedyny ślad – westchnąłem mażąc szybę palcem.
- Najpierw porozmawiajmy z resztą – rzucił Szwed. – A ty przestań mi okno brudzić.

      Money, Money, Money… Must be funny...

      Berwald poszperał po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu. Może mi się zdawało, ale miałem wrażenie, że patrząc na wyświetlacz, przez sekundę zmarszczył brwi.

- Nie odbierzesz? – spytałem.

      Odebrał. Zdziwiło mnie, gdy w krótkim czasie rozłączył się, nie mówiąc ani słowa.

- Kto to był?
- Play.

      Popatrzyłem na niego uważnie.

- Nie od dziś się znamy, prawda Berwald? – Może się wydawać, że ten typ zawsze ma tę samą minę, ale z czasem zaczynasz wyczuwać drobną różnicę. – Jesteś pewien, że to był Play?
- Tak.

      Nie uwierzyłem mu.

- Ci to dopiero są uciążliwi. Ciągle wydzwaniają z tym abonamentem - rzuciłem, znów odwracając się w stronę szyby.

      Tymczasem mój przyjaciel mruknął potakująco, nawet przez moment nie spuszczając oczu z drogi przed sobą. Po raz pierwszy, odkąd zaczęliśmy pracować jako partnerzy, jego milczenie zaczęło mnie drażnić.


***


      Patrząc w dół zastanawiał się, czy to właśnie to tak bardzo podoba się wysoko postawionym ludziom. Ten widok, gdzie wszyscy wyglądają jak mrówki? O to chodzi? Takie małe, nic nieznaczące robaczki. To mania wyższości? A może zwyczajnie tak się uplasowało – szefostwo zawsze ma gabinet na samej górze z ogromną szybą na ruchliwe ulice miasta.
      Potem dziwią się, że ktoś wypada z entego piętra i trzeba sprzątać flaki z całego placu.

      Sięgnął po popielniczkę. Ledwo co przypalił cygaro, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

- Wejść!

      Szczupły Azjata bezgłośnie wszedł do pokoju. Podszedł do biurka by podać mu mocno wypchaną, brązową kopertę z rodzaju tych, w których przesyła się dokumenty.

- Co z Matthiasem? Zgodził się? – Wąska strużka dymu uleciała w górę zakreślając dziwne znaki. Może miały jakieś znaczenie, a może po prostu narrator was podpuszcza?
- Tak, powinien dotrzeć do miasta w ciągu najbliższej doby.
- Doskonale.
      Stukając o brzeg popielniczki strzepnął z cygara popiół.
- Zadziwiające. Chociaż zawsze protestuje przeciwko paleniu, to wciąż trzyma dla mnie popielniczkę. Kobiety to takie nielogiczne istoty...
      Drugi mężczyzna milczał bardzo potakująco.
- Droga, naiwna Bella. Chciałbym wiedzieć jak doszłaś na szczyt będąc tak ufną…

      Przez uchylone okno wpadł podmuch wiatru, tym razem żarzący się popiół wylądował mu na spodniach.

- Nożesz cholera! – Nim go strzepnął w materiale pojawiła się mała dziurka, przez którą prześwitywała bielizna w czerwony wzorek.

      Zgasił cygaro i wysypał zawartość popielniczki na blat biurka.

- Wynosimy się. – Skinął na podwładnego i opuścili budynek.

      Znów podmuch wdarł się do środka, unosząc ze sobą szare drobiny. Tańcząc bezwładnie w powietrzu zostały porwane w dal jak zbłąkane reklamówki w pobliżu Biedronki. Przez chwilę dostrzegłeś jakiś cień na ścianie, ale równie dobrze możesz siedzieć przy komputerze ciut za długo i mieć zwidy.

W tak wietrznym mieście jak to, Popielarz miał problemy ze sterowaniem.
Dedykowane oczywiście :iconardwi:
Przepraszam, że tak nieznośnie długo. Nie bij ;_;

Miałam dać to do wczoraj. Jest 00:56, chyba da się wybaczyć? Nie, nie da się. Ale chociaż kamieniami nie rzucajcie! Żwir jeszcze zniosę.

Nie jestem pewna, co do tej części. No byki w interpunkcji i pewnie jakieś z nieuwagi są. Znaczy, w interpunkcji napewno. Co do fabuły... hej, tak szczerze - co myślicie? Bo nie wiem czy idę w dobrą stronę. Orientacja w terenie nie jest moją mocną stroną.

Także tego, komentujcie i piszcie, bo tego bardzo mi potrzeba. Poza tym sami wiecie, że chcecie skomentować. Ten przycisk jest taki błyszczący... No nie dajcie się prosić :meow:

No i jutro biorę się za Rudolfa. Czyli w sumie to dzisiaj, jak już się obudzę.

Rozdział 1 - "Ktoś próbuje zrobić nas w konia, a ja nienawidzę swojej pracy" [klik]
Rozdział 2 - "Zaczynamy poszukiwania, a Berwald o czymś mi nie mówi" <- tu jesteś
Add a Comment:
 
:iconkasyntia:
Kasyntia Featured By Owner Aug 10, 2013
Wzięłam i kwikłam. Przy zaangażowanym Koreańczyku, "leżało na ziemi" (jeny, odczułam gwałtowną potrzebę narysowania tej sceny), brukselce i tak ogółem.
Podoba mi się to, jak potrafisz wprowadzić humor w każde jedno zdanie. Dzięki temu tekst czyta się łatwo i bardzo przyjemnie.
Hasło zakładu pogrzebowego faktycznie dość chwytliwe.
A fabuła? Prawdę mówiąc całość w tej chwili przypomina mi raczej dość luźny zbiór gagów. To nie przeszkadza. Tak forma jest w sam raz w przypadku (czarnej?) komedii. 
Weny życzę :)
 
Reply
:iconsomeonestolemysocks:
someonestolemysocks Featured By Owner Aug 10, 2013  Hobbyist
Ja już nie wiem czy to jest czarna komedia czy co, ale jeśli taki mój styl pisania nie przeszkadza, to mi ulżyło ^^ Fabuła mam nadzieję, że gdzieś tam jest przemycona, bo nawet sobie rozpisałam części, żeby nie zgubić sensu.
Najważniejsze, żeby wleźć hasłem do głowy klienta tak, żeby nie mógł go stamtąd wyrzucić ;D
Także dzięki za i komentarz, i fava, i łocza, i w ogóle :3
Reply
:iconkasyntia:
Kasyntia Featured By Owner Aug 10, 2013
Fabuła się po prostu troszkę przyczaiła, ale w tego typu tekście to nie szkodzi ;]
Nie ma za co, i w ogóle ;D
Reply
:icontoruvielastendet:
ToruvielAstendet Featured By Owner Aug 9, 2013
Co do pytania o fabułę... odpowiedzieć się nie da, bo  kto tam wie, co siedzi w twojej głowie... chciałam powiedzieć, kto wie co ma być dalej. Ale rozwija się nieźle. I wielkie dzięki za te humorystyczne wstawki, :D dzięki nim całość nabiera takiego... nie wiem no, głębi jakiejś takiej XD

I pytanie mechaniczne: Emil to Islandia? Tak z czystej ciekawości bo imion to on, Norwegia i Dania mają ciut-ciut i jeszcze trochę i nie wiadomo, kto jakiego używa... :)
Reply
:iconsomeonestolemysocks:
someonestolemysocks Featured By Owner Aug 9, 2013  Hobbyist
Jup. Emil jako Islandia, Lukas jako Norwegia i Matthias jako Dania - zawsze używam tych imion, bo tak jakoś mi pasują ^^

W mojej głowie siedzi chomik i napędza mózg kołowrotkiem. Aktualnie zaciesza, że się spodobało :3 Właśnie się zastanawiałam czy te wstawki nie wyskakują tak nie wiadomo skąd i po co, robiąc z tego wszystkiego coś, co ciężko się czyta... Ale może nie jest tak źle :>
Reply
:iconszeherezadaa:
Szeherezadaa Featured By Owner Aug 9, 2013
"- Tak! – odparł radośnie mężczyzna. – Zakład Pogrzebowy Rodziny Vargas! Daj nam znać, gdy będziesz zamierzał wąchać kwiatki od spodu, a dopilnujemy by posadzili twoje ulubione!

      Nastąpił krótki moment ciszy.

- Przyznaj, że całkiem chwytliwe – mruknął do niego Gupta." - to mnie zabiło xD 
No i mówiłam ci już, że uwielbiam twojego Felka? :'D Choć o mnie by się za dużo nie dowiedział - ja pod łóżkiem mam tylko kurz. ;P 
No i Norek... 
"
- Skąd masz to dziecko? - Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu rodziców smyka.
- Leżało na ziemi." xD
Kocham cię, normalnie :'D I czekam z niecierpliwością na Akademię i na dalszy rozdział Instytutu też :3
Reply
:iconsomeonestolemysocks:
someonestolemysocks Featured By Owner Aug 9, 2013  Hobbyist
Zbyt dużo Felka to tu nie było, ale ciesze się, że ktoś zapałał sympatią do mojej wersji :3
Także tego, chodź i daj się uściskać :hug: Dziękuję ^^
Reply
:iconszeherezadaa:
Szeherezadaa Featured By Owner Aug 9, 2013
Oj, ale ja ćpam Felka nałogowo (poza wszelkimi yaoicami i wariacjami na temat Felka w sukienkach) i mi nawet mała jego ilość do szczęścia wystarczy ^^
:hug: Nie za ma co ^^
I tak patrzę... Jak ja wcześniej mogłam zapomnieć o związanym Gilbercie i przymusie zjedzenia brukselki xD To też było genialne :'D
Reply
:iconkassica15:
kassica15 Featured By Owner Aug 9, 2013
Czy mówiłam o tym że kocham fantastykę i zagadki? Nie? No to teraz powiedziałam i mogę powiedzieć tylko...
Więcej! 
To było cudowne ach!
Siedzę jak na szpilkach ciekawa co się wydarzy. 
Reply
:iconsomeonestolemysocks:
someonestolemysocks Featured By Owner Aug 9, 2013  Hobbyist
To dobrze, bo trochę się martwiłam, że was zanudzę ^^" Jak teraz znów przeczytałam to stwierdziłam, że powtórzeń jest w kij. Zaraz raz jeszcze tekst przetrzepię, ale baardzo się cieszę, że się podoba :>
Reply
Add a Comment: